2006-10-02 21:59:15 >>
Bracia Vorbeau
Długo zwlekałam z dodaniem tej notki, wiem, ale to tylko dlatego, że... uważam, że nie jest dobra. Czekałam, próbowałam poprawiać, wypatrzeć, co mi tu nie pasuje, ale w końcu doszłam do wniosku, że nic już tu nie dam rady zrobić. Pomożecie? Cokolwiek wam nie leży, mówić- poprawię. Mam tylko nadzieję, że dalszy ciąg pójdzie jednak lepiej i że zapał nie wypali mi sie po paru notkach :/
* * *
Ian Vorbeau, przewodniczący Gildii Kupców, stał na tarasie swojej willi w bogatej dzielnicy Tary i oglądał stolicę.
Lubił te popołudnia, kiedy słońce ogrzewało stragany rozłożone na Placu Lidii i tańczyło na wystawionych tam rozmaitościach, od których cudzoziemcom kręciło się w głowie, a mieszkańcom miasta – w sakiewkach. Kiedy widział niezmierzone morze ludzi, zmierzających leniwym krokiem na spacery do portu bądź sprzeczających się jeden przez drugiego na rynku... Kiedy słyszał ten gwar, niemożliwy do opisania dla kogoś, kto nigdy nie odwiedził Placu Lidii w Tarze w trakcie popołudnia targowego... wtedy widział, jak kręci się cała ta machina handlowa i jak pieniądze z przyjemnym brzękiem przechodzą z rąk do rąk.
Wtedy widział, że miasto żyje, bo tym właśnie było dla niego przede wszystkim: machiną targową, napędzającą świat z każdym dniem.
Władcy i generałowie mogli sobie myśleć, że to wojny stanowią o porządku świata i pchają go do przodu, ale on, Vorbeau, wiedział, że to kupcy będą pierwszymi, którzy wychyną na powierzchnię po wojennej zawierusze i powrócą do sprzedawania pasztecików na kamiennym bruku miast. Poza tym, wojny w ogóle nie miałyby miejsca, gdyby nie było nikogo, kto mógłby na nich zarobić. A to właśnie kupcy, jak Vorbeau doskonale wiedział, zarabiali na wojnach najwięcej – o ile byli na tyle przewidujący, by wcześnie odgadnąć, skąd wieje wiatr.
Vorbeau wiedział. W przeciwnym razie w dalszym ciągu tkwiłby tam, na tym osławionym Placu Lidii, próbując bezskutecznie wcisnąć gotującym się w skwarze przechodniom jakiś tandetny produkt.
To był jeszcze jeden z powodów, dla którego przewodniczący kupców tak bardzo lubił patrzeć na plac – ponieważ mógł nań patrzeć z góry, z bezpiecznego dystansu i z pełną świadomością, że sam już nigdy tam nie trafi.
Jednak tego popołudnia nie czuł tego, co zwykle, zadowolenia. Zamiast tego stał przy balustradzie, obracając w dłoni kieliszek najlepszego domniańskiego wina, a jego wysokie czoło przecinały zmarszczki – jak zawsze, kiedy mężczyzna pogrążony był w rozmyślaniach. Ostatnio zdarzało się to coraz częściej.
Delikatne chrząknięcie od strony wejścia na taras kazało kupcowi się odwrócić; jeden ze służących natychmiast zgiął się w pół i wyrzucił z siebie wiadomość o przybyciu Dostojnego Brata Jaśnie Pana. Vorbeau z irytacją odprawił młodzieńca, który z przesadnym entuzjazmem ponownie się ukłonił i zniknął, przepuszczając wysokiego, barczystego mężczyznę, który byłby zapewne jeszcze wyższy, gdyby zbyt wiele lat nie obciążało jego starzejącej się pomału sylwetki.
Vorbeau uśmiechnął się uprzejmie i uścisnął krótko dłoń swojego starszego brata, Laona Vorbeau, który krótko skinął mu głową i zajął miejsce obok, oparłszy się o balustradę. Przez chwilę obaj bracia w milczeniu obserwowali targ, na którym mrowie ludzi zdawało się mieszać ze sobą i plątać, niczym jedna, wielka masa na ciasto. Ich głosy, zlane ze sobą i niesione przez delikatny wiatr od północnych gór, unosiły się między nimi niczym niewidzialna bariera, oddzielająca ich od zewnętrznego świata.
W końcu młodszy z braci odchrząknął dyskretnie.
-Tarya zwariowała – oświadczył krótko. – Zamierza wywołać wojnę z Domnu, Eponą i bogowie jedni wiedzą, z kim jeszcze. Zobaczysz, lada chwila ta kobieta zacznie rozprawiać o podbijaniu kontynentu, jak jej ojciec. Wtedy nie będzie już dla nas ratunku.
-Jak zamierza to niby wytłumaczyć arystokracji i dyplomatom? – spytał cicho Laon, patrząc cały czas w dół, na ruchliwy świat pod sobą.
-Nie musi niczego tłumaczyć, w końcu to ona jest Królową. Wystarczy, że wciśnie im jakiś kicz o krzewieniu nowej cywilizacji czy o poszerzaniu naszych wpływów, a kupią wszystko bez gadania. Wszyscy za bardzo boją się jej i Oświeconych, żeby jawnie protestować.
To była prawda; nikt nie lubił członków tajemniczego zakonu, którzy samą swoją obecnością przyprawiali o chłodne dreszcze. Plotki o ich eksperymentach i niestworzone opowieści, które krążyły po kraju na ich temat wystarczały, aby trzymać na wodzy nawet najbardziej kłótliwe języki. Cień Oświeconych unosił się nad światem politycznym królestwa niczym skrzydła ogromnego kruka: gdyby nagle się zamknęły, pochłonęłyby sobą wszystko i wszystkich, a arystokrację w pierwszej kolejności.
Przynajmniej tak skrycie wszyscy myśleli.
-A generałowie? Z pewnością musieli zgłaszać jakieś obiekcje, szczególnie Hodur... To w końcu rozsądny człowiek – stwierdził starszy Vorbeau, ciągle tym cichym, beznamiętnym głosem.
-Stary Hodur ma związane ręce – uciął ponuro Ian. – Nic nie może zrobić w tej sprawie. Ta koszmarna kobieta wcisnęła mu Uskrzydlonych niemal siłą, a przecież ten oddział jeszcze nawet nie powstał...
-Kto ma być dowódcą? – spytał Laon po chwili milczenia; jego głos brzmiał, jakby mężczyzna znał już odpowiedź.
-Herne – odpowiedział krótko Vorbeau, ale jego ramiona nagle stały się jakby centymetr węższe. – Zrobiłem, co mogłem, ale ona uparła się właśnie na niego. Owszem, chłopak jest zdolny, ale jest także tak stabilny, jak – nie przymierzając – Ocean Kathliański w trakcie sztormu. Boję się nawet pomyśleć o tym, co to może spowodować... Jednak, jak już mówiłem, w tej sprawie wszyscy, nawet Hodur, mają związane ręce. Uskrzydleni powstaną, i to już niedługo. A Herne będzie dowódcą.
Vorbeau kątem oka zerknął na swojego starszego brata; Laon stał przygarbiony, ze wzrokiem tym razem utkwionym w horyzoncie, gdzie na tle zabarwionych delikatnym błękitem chmur majaczyły ostre, ciemne szczyty. Smocze Góry, w całej swej monumentalności i odwiecznej ciszy, nagle zdały się kupcowi podobne do mężczyzny przy jego boku; był on tak samo nieporuszony i cichy, jak tamte ostre sztylety kamieni. A także, jak uznał Vorbeau po chwili ponurego milczenia, tak samo naznaczony przez czas.
Powrócił oczami do targowiska przed nim – wolał mieć przed oczami życie, niż powolną śmierć stuleci i ducha.
-Być może, wyjdzie nam to na dobre – powiedział zamyślonym tonem. – W pewien dziwny, niepojęty sposób. Uskrzydleni... Sam pomysł wydaje się szalony. Ale tak samo myśleliśmy, kiedy Morrigan została generałem armii kobiet. Kto wie, jak to wszystko się skończy? Być może Herne zostanie bohaterem.
-Łatwo zostać bohaterem w oczach mas – powiedział gorzko Laon. – Wystarczy tylko zabić wystarczająco wiele ludzi i wymachiwać mieczem tak, żeby ładnie błyszczał. Reszta to rola bardów.
-Ach, bardowie – uśmiechnął się cynicznie Vorbeau. – Sól tej ziemi. Wystarczy dać takiemu odpowiednio dużo kasy i pełną butelkę, a napisze ci taką pieśń, że nawet bogowie mogą się schować. Coś mi się widzi... – dodał po chwili, zniżając głos – że już niedługo te szumowiny naprawdę będą miały o czym pisać.
-W jaki sposób Królowa zamierza go zwerbować? Jego i resztę oddziału?
-Najpierw chce, żeby wszyscy, łącznie z nią, zobaczyli go w walce. Zgłosiła go do Turnieju o Liliową Opaskę. Wszystko zależy od tego, jak chłopak przejdzie ten... test – prychnął Vorbeau. – Wszyscy musieliśmy się podpisać. Skąd weźmie resztę dzieciaków i kiedy to wszystko ruszy, naprawdę nie mam pojęcia. Póki co, nasi ludzie sprzedają Oświeconym i tym wszystkim mechanikom tony draculitu. Robimy na tym świetny interes, co przyznaję z przykrością.
-Rozumiem – mruknął starszy kupiec. – Wybierasz się na ten turniej?
Vorbeau uśmiechnął się przewrotnie.
-Oczywiście, że tak – odparł, dopijając swoje wino. – Jakże mógłbym przegapić taką okazję? Pójdziesz ze mną, mam nadzieję? I weź Elaine ze sobą. Przyda jej się jakaś normalna rozrywka, niech nie siedzi całe dnie wśród tych śmierdzących pergaminów. Jeszcze się od tego rozchoruje. I tak chodzi blada jak trup po kilku dniach rozkładu.
-Elaine czuje się dobrze... ale sądzę, że masz rację. Powinna pójść. Powinna zobaczyć Herne’a – przyznał Laon. – A co słychać u Cyana? Ostatnio nie ma o nim żadnych wiadomości... Jak sobie radzi?
-Wyśmienicie. Przenieśli go na Fotlę... To taki swoisty, pływający fort. Ten chłopak jest zdolny, nie wiem, po kim ma to wszystko... Nic o nim nie słychać, bo jest zbyt ważną figurą dla Taryi. Ona woli trzymać swoje najcenniejsze zabawki w tajemnicy. Kapłan, tak go teraz nazywają.
Vorbeau przyjrzał się dnu swojego kieliszka. Kiedy myślał o swoim dwudziestoletnim już siostrzeńcu, coraz częściej dochodził do wniosku, że jego rodzina musiała być gdzieś tam, w mroku dziejów, przeklęta.
A przecież nawet nie wierzył w podobne bzdury.
-Kapłan? – zdziwił się Laon. – Czyżby nagle chłopak stał się religijny?
-Na bogów, nie! Tylko nie to – prychnął przesadnie Vorbeau i już miał przystąpić do wyjaśnień, kiedy przerwało im nagłe poruszenie w drzwiach.
Obaj mężczyźni odwrócili głowy.
U wejścia na taras stała młoda dziewczyna o bladej cerze, dużych, zielonych oczach i czarnych włosach, które nosiła niemodnie obcięte na wysokości ramion. Ubrana była w prostą, jasnobłękitną suknię, bez przesadnych ozdób i świecącej biżuterii – tylko sznur pereł wokół jej smukłej szyi świadczył o tym, że była wysoko urodzona.
Uśmiechnęła się delikatnie i skinęła kupcom głową. Kiedy odpowiedzieli jej tym samym, podeszła do nich i objęła Laona za ramię.
-Ciocia Aylorn mówi, że podano do stołu – odezwała się cicho, po czym spojrzała w górę, na starszego z braci Vorbeau. – Ojcze, będę mogła skosztować tych... winogron? Nie zaszkodzą mi?
-Ależ skąd, Elaine – wtrącił Vorbeau. – Są jak najbardziej jadalne i bardzo smaczne. Podejrzewam, że już wkrótce wszyscy będą nimi handlować.
Dziewczyna uśmiechnęła się nieco szerzej, ale nie puściła ramienia ojca. Ten delikatnie obrócił jej bladą twarz ku górze.
-Elaine... – zaczął niepewnie – powiedz: chciałabyś pójść na turniej?
Zielone oczy dziewczyny zwęziły się nieco w podejrzliwym grymasie.
-Turniej? – powtórzyła powoli. – Turniej szermierzy? O Liliową Opaskę?
-Tak, właśnie ten.
-Ale dlaczego, ojcze? Przecież nigdy jeszcze tam nie chodziliśmy.
-Właśnie dlatego – wtrącił Vorbeau. – Przyda ci się zobaczyć coś nowego, moja droga. A ten turniej będzie naprawdę wyjątkowy.
-Nie interesuje mnie szermierka, wujku – stwierdziła Elaine sceptycznie.
-Nie mam pojęcia, dlaczego – uśmiechnął się ojciec dziewczyny. – Inne dziewczęta w twoim wieku chodzą co roku, żeby popatrzeć na młodych ludzi walczących o tytuł.
-Ach, one – westchnęła Elaine, jakby mówiła o wyjątkowo prymitywnych okazach much. – Im chodzi tylko o to, żeby znaleźć bogatego męża.
-Rozsądne dziewuchy – mruknął Vorbeau pod nosem. – Znają zasady gry. Może i ty wreszcie powinnaś się jakoś zakręcić wokół któregoś z tych... ekhym... dżentelmenów.
-Nie interesuje mnie to – powtórzyła Elaine – jednak pójdę, jeśli to sprawi wam przyjemność.
-Niezmierną – uśmiechnął się Laon do córki. – Jeśli ci się nie spodoba, odpuścimy sobie w przyszłym roku. Teraz tylko spróbujemy. Umowa stoi?
-Dobrze – skinęła głową dziewczyna, a na jej usta powrócił cień uśmiechu.
-W takim razie chodźmy jeść, bo moja żona niechybnie spuści na nas pociski sałatkowe, jeśli postoimy tak jeszcze trochę – ponaglił ich żartobliwym tonem Vorbeau.
Zanim wyszli, kupiec rzucił ostatnie spojrzenie miastu. Wiatr wybrał akurat ten moment, żeby zatańczyć w zasłonach i zagwizdać między gałęziami drzew w parku w pobliżu Pałacu. Kupiec mimowolnie zmarszczył brwi.
Czuł, że ten wiatr nie zapowiada niczego dobrego. A także, że niedługo zastąpi go inny, bardziej gwałtowny i wrogi podmuch.
Wiatr ze smoczych skrzydeł.
* * *
skomentuj (7)
2006-08-21 14:20:28 >>
Herne Ignis
Czas chyba na wejście głównego bohatera... chociaż nie pierwsze, bo- jak się domyślicie- Herne już się osobiście pojawił :) Nie wiem, czemu tak długo zwlekałam z dodaniem tego epizodu- skończyłam go już dawno i jestem praktycznie dwie notki do przodu... Chyba to tylko moje lenistwo ;) Miłej zabawy- to raczej moja przedostatnia notka przed wyjazdem...
Herne Ignis był wściekły.
Podobnie jego przełożony, mistrz Ugleth, który stał właśnie przed młodzieńcem w wyzywającej pozie, jaką nauczyciele na całym świecie przyjmują wobec krnąbrnych i niepoczytalnych uczniów: stał za biurkiem, jedną ręką podpierając się pod bok, a drugą miarowo bębniąc w drewnianą powierzchnię mebla. Patrzył na podopiecznego spode łba, jakby próbował całe przesłanie zawrzeć właśnie w groźnym spojrzeniu.
Herne udawał, że nie rozumie. Wiedział doskonale, że taka postawa doprowadza mistrza do szału, dlatego przybierał ją, kiedy tylko miał okazję. A te trafiały się nader często, ponieważ młody rekrut przejawiał wyjątkowe zdolności w ich stwarzaniu. Był utalentowanym uczniem – problem w tym, że zakres jego talentów mocno niepokoił wszystkich naokoło.
Poza tym szczerze nienawidził tego tłustego starca, którego kazali mu nazywać mistrzem. Nie był jedynym; większość uczniów Królewskiej Akademii Wojskowej żywiła podobne uczucia wobec swojego przełożonego. Różnica tkwiła w tym, że Herne nie wahał się tych uczuć okazywać.
Mistrz westchnął teatralnie.
Herne ledwo dostrzegalnie przewrócił oczami. Mógł przewidzieć, że po ostatniej ucieczce czeka go pełen zestaw Westchnień, Chrząknięć, Znaczących Spojrzeń i Cmoknięć, jakie mistrz miał w asortymencie. Miał tylko nadzieję, że tym razem obejdzie się bez Moralizowania.
Niestety – mistrz Ugleth właśnie przymierzał się do wygłoszenia mowy. Herne miał nieprzyjemne uczucie, że będzie to jedna z dłuższych.
-Znasz zasady tej placówki, Ignis – zaczął mężczyzna tonem, który on sam zapewne uważał za surowy i onieśmielający; Herne natomiast uważał go za śmieszny. – Wiesz doskonale, że uczniowie nie mogą opuszczać terenu Akademii bez wyraźnego pozwolenia któregoś z mentorów. Natomiast samodzielne wypady rekrutów poniżej siedemnastego roku życia uważa się za absolutnie niedopuszczalne. Czy otrzymałeś pozwolenie na dzisiejszą... eskapadę?
-Nie, mistrzu – odparł automatycznie chłopak.
Odbył już wiele podobnych rozmów; usta same układały się w pożądane przez wychowawców odpowiedzi.
-Czy powiadomiłeś kogokolwiek?
-Nie, mistrzu.
-Czy ktoś ci towarzyszył?
-Nie, mistrzu.
-Czy to ty oszołomiłeś strażników przy wejściu?
Herne uśmiechnął się nagle mimo swoich najszczerszych chęci, aby pozostać obojętnym i lekceważącym. Wspomnienie dwóch ziewających i przysypiających strażników, na tyle niefortunnych, aby objąć wachtę akurat tego ranka, rozbawiło go. Zabawnie było patrzeć, jak padają na ziemię, stukając się nawzajem o swoje własne hełmy.
Chłopak nie chował do nich żadnej osobistej urazy. Po prostu mieli pechowy dzień; znaleźli się pomiędzy Herne’em a miejscem, do którego Herne pragnął się dostać. Stanowili przeszkodę.
Czyż nie uczono ich na zajęciach, że przeszkody należy usuwać?
-Co cię tak rozbawiło? Odpowiedz na pytanie! – zagrzmiał mistrz tonem sprawiedliwej dydaktyki.
-Tak, mistrzu.
To proste wyznanie zaskoczyło mistrza Ugletha i wybiło go z jego prostego, wytyczonego dawno temu toru. Herne lubił patrzeć, jak mężczyzna miota się mentalnie, usiłując mimo przeszkód powrócić na znajomy trakt. Przypominał wtedy żuka wywróconego do góry nogami.
-Tak? – spytał.
Herne podniósł wzrok i spojrzał mistrzowi prosto w oczy. Po jego ustach błąkał się lekki, ironiczny uśmiech.
-Tak – przyznał z prostotą.
-Jak to? Sam, jeden?
-Tak, mistrzu.
-Czy wiedziałeś, że są jednymi z naszych najlepszych rekrutów?
-Nie, mistrzu – przyznał szczerze Herne; naprawdę nie wiedział.
Zresztą, gdyby nawet wiedział, nie zrobiłoby to wielkiej różnicy.
-I przyznajesz się do tego tak po prostu, Ignis? Żadnych wykrętów? Żadnego „Oni zaczęli” ani „To był wypadek”? Nie będziesz się usprawiedliwiał, nie będzie wymówek o umierającej babci?
-Nie, mistrzu – przyznał lakonicznie Herne.
Wszyscy doskonale wiedzieli, że nie było żadnej babci, która mogłaby robić za umierającą. Nie było też dziadka, wujka, cioci, siostry, brata czy rodziców. Podobne wymówki w przypadku Herne’a – sieroty o nieznanym pochodzeniu – byłyby równie efektywne, co spacer w mokrych butach po chodniku z mydeł.
Poza tym młody człowiek chciał jak najszybciej mieć tą rozmowę za sobą. Wszyscy wiedzieli, co się stało, więc równie dobrze mógł przyznać się do wszystkiego od razu i mieć to z głowy. W najgorszym wypadku czekała go publiczna chłosta lub zamknięcie w izolatce, a kary cielesne i ból nie były dla niego niczym nowym.
Wiedział, że go nie wyrzucą, chociaż inni uczniowie na jego miejscu już dawno spakowaliby cały dobytek i wrócili do domu, by uczyć się rodzinnego interesu. Ale nie Herne – był zbyt cennym nabytkiem, aby mistrzowie zdecydowali się na podobny krok.
Co więcej, wiedział o tym.
-Cóż... – chrząknął mistrz. – W takim razie... rozumiesz zapewne, że kara cię nie ominie. Podobna ucieczka była szczytem zuchwalstwa z twojej strony. Co by było, gdyby inni uczniowie poszli za twoim przykładem?
Nie martw się, są na to za głupi, uznał chłopak w duchu, ale nie odpowiedział. Było jasne, że mistrz nie oczekuje z jego strony żadnego wkładu w konwersację.
Zgodnie z oklepanym scenariuszem nadszedł moment, w którym określana zostaje kara. Herne patrzył z umiarkowanym zainteresowaniem, odrzucając do tyłu białe włosy i czekając, aż mistrz zdecyduje się, ile batów powinien mu wlepić... ale mężczyzna milczał.
Chwila przedłużała się coraz bardziej. Herne przerzucił ciężar ciała z nogi na nogę i zerknął w okno na ptaka, który przysiadł na parapecie i właśnie – z uporem godnym lepszej sprawy – próbował małym dziobem wystukać dziurę w szkle.
Chłopiec chciał tylko jak najszybciej wyjść z tego gabinetu, gdzie gorące, zatęchłe powietrze mieszało się z odorem alkoholu i potu tworząc fetor, który nieprzyzwyczajonym wyciskał z oczu łzy. Nienawidził tego pomieszczenia, nienawidził ciężkiej ciszy, nienawidził samego Ugletha.
Byle się wydostać, byle się wyrwać... Ciosy pejcza powita nawet z ulgą, jeśli tylko pozwolą mu wreszcie stąd wyjść...
Jednak mistrz ciągle milczał, świdrując wzrokiem młodzieńca przed sobą. Herne czuł, jak małe, wodniste oczy przesuwają się po nim, jak wędrują od głowy w dół, do stóp, a potem znowu w górę, po całym ciele.
Góra... Dół... Góra... Dół... Góra... Dół...
Chłopak z całej siły zacisnął pięści. Czuł, że jeszcze chwila, a uderzy mistrza, wyskoczy przez okno, sięgnie po broń... Zrobi cokolwiek, żeby mistrz wreszcie przestał. Jeszcze chwila...
Najwyraźniej potężny mężczyzna dostrzegł coś w oczach Herne’a, bo chrząknął ponownie i usiadł za biurkiem. Otworzył jeden ze schowków i wyjął zwinięty pergamin, owinięty wstążką. Herne spojrzał bliżej; pergamin zapieczętowany był godłem Królowej.
-Przyszło w twojej sprawie pismo z samego Pałacu – oświadczył mistrz obojętnym tonem, który Herne uznał za wymuszony. – Domyślasz się, dlaczego?
-Nie, mistrzu – odparł Herne zgodnie z prawdą.
Ponownie zerknął na okno. List mógłby wzbudzić jego zainteresowanie jedynie wówczas, gdyby nagle zaczął krwawić, płonąć lub gdyby w jakiś dziwny sposób otworzył mu drzwi na zewnątrz. Mistrz nie przejął się jednak brakiem zainteresowania ze strony ucznia i zerwał pieczęć.
Rozwinął pergamin przed oczami, a Herne zerknął na niego kątem oka; z dołu pisma zwisało chyba z tuzin wstążek, co oznaczało, że podpisali się pod nim i przypieczętowali podpis godłami najważniejsi urzędnicy pałacowi.
To rozbudziło iskierkę zainteresowania w oczach młodego rekruta.
Czego mogła chcieć od niego Królowa...? Zwykłe skargi nie wymagały chyba aż takiej ilości oficjalnych podpisów...
Nagle nieprzyjemna myśl przemknęła z szybkością błyskawicy przez głowę Herne’a, zapalając po drodze ogniki niepokoju: a co, jeśli wreszcie zdecydowali się go wyrzucić? Czyżby wieści o jego... „wyczynach”... trafiły aż do samego Pałacu? Czy to możliwe, że w końcu posunął się jednak za daleko?
Może z tą całą ucieczką faktycznie odrobinkę przesadził... I tak złapali go krótko potem, nawet nie zdążył porządnie się napić... Wszystko przez tego pieprzonego złodzieja, uznał w duchu Herne. Drań musiał napatoczyć się akurat wtedy, kiedy on się spieszył, żeby uciec jak najdalej od budynku Akademii...
Na wspomnienie niefortunnego złodzieja Herne uśmiechnął się pod nosem, mrużąc oczy. Ostatecznie drań nie był taki znowu zły... sprawił, że Herne się spocił, a to więcej, niż była w stanie osiągnąć większość jego rówieśników z Akademii. Młody rekrut od dawna nie czuł się tak dobrze, jak wtedy, kiedy gonił „ucznia krawca” cichymi ulicami stolicy.
Wiatr na twarzy... cisza cięta stukotem butów o bruk... ciężar miecza balansującego w dłoni... widok przybliżającej się nieuchronnie ofiary... wreszcie miecz przyciśnięty do szyi, ramię uniesione w górę, gotowe do ciosu...
... tryskająca krew...
...urwany krzyk...
Stukot. Chrząknięcie.
Herne gwałtownie zamrugał i spojrzał szeroko otwartymi oczami na mistrza, który przyglądał mu się badawczo, stukając palcem o blat biurka.
Chłopiec nerwowo przeczesał dłonią białe włosy i spróbował przestać myśleć o szkarłatnych plamach na swoich palcach. To tylko wspomnienie. Dawno temu.
Wypadek.
A przynajmniej tak wszyscy mówili, kiedy zabierano ciało młodego Beli z sali ćwiczeń pięć lat temu.
-Ignis, czy ty jesteś głuchy? – zagrzmiał mistrz Ugleth, wymachując oficjalnym papierem niczym szmacianą zabawką. – Czy chcesz wiedzieć, co tu jest napisane?
Herne spojrzał na niego z nienawiścią i zacisnął zęby. Lekko skinął głową.
-W takim razie chodź ze mną – powiedział mistrz po chwili milczenia.
Wstał, obszedł biurko dookoła i otworzył drzwi, przepuszczając ucznia przodem. Kiedy wyszli na pogrążony w półmroku korytarz, Herne poczuł na swoim ramieniu ciężar dłoni mistrza. Zaklął w duchu i całą siłą woli opanował odruch, który kazał mu natychmiast sięgnąć po miecz i strącić tą rękę jakimkolwiek sposobem – nienawidził, kiedy ktoś go dotykał.
Mistrz poprowadził go w milczeniu głównym korytarzem, a potem skręcił w lewo. Minęli zamknięte drzwi kuchni, z której zapach spowodował nieznaczne zawirowanie w żołądku chłopca. Przeszli koło stołówki, skąd dobiegały typowe odgłosy pogrążonych w posiłku młodych, zdrowych uczniów, a potem skręcili w korytarz, gdzie rozmieszczone były kwatery instruktorów i pracowników Akademii. Herne zaczął rozglądać się wokół siebie, a jego zainteresowanie rosło z każdą chwilą – zwykłym adeptom nigdy nie pozwalano zagłębiać się w te obszary budynku.
Chłopak jednak wolał zginąć niż spytać mistrza o to, gdzie zmierzają – jego ciekawość przewyższało w tej chwili jedynie pragnienie, by tej ciekawości nie zdradzić.
Kiedy minęli ciasny i duszny ciąg sypialń i gabinetów, mistrz zatrzymał się nagle. Zdjął ze ściany pochodnię, zapalił ją i – ponownie kładąc rękę na ramieniu zdegustowanego ucznia, jakby w obawie, że ucieknie – skręcił w prawo, w mały korytarz kończący się schodami prowadzącymi w lepki i wilgotny, ziejący chłodem i ciszą mrok.
W tym momencie Herne poczuł delikatne ukłucie niepokoju, które zaczynało przybierać na sile z każdym krokiem w dół. Czyżby mistrz prowadził go do piwnic...? Wiele legend krążyło po szkole o piwnicach budynku i o karach, które rzekomo odbywali tutaj najbardziej nieposłuszni winowajcy. Mistrz miał wymierzać je osobiście, czasami też przy pomocy co bardziej sadystycznych i niewyżytych nauczycieli. Gwałt miał być tylko jedną z nich.
Herne nigdy nie był skłonny wierzyć w te podszyte strachem historyjki, ale teraz, kiedy schodzili coraz głębiej w mrok, zdał sobie sprawę, że jeśli zacznie krzyczeć, nikt go nie usłyszy. Mistrz był niemal trzy razy większy od niego i cztery razy cięższy, poza tym miał przy sobie miecz, który chłopcu zabrali nauczyciele z chwilą, kiedy złapali go w barze. W razie czego do obrony będzie miał tylko swoje ręce i nogi... Ewentualnością pozostawała ucieczka, bo z pewnością był szybszy od tłustego mężczyzny, ale jeśli spróbowałby tego wyjścia, co byłoby dalej? Mistrz w końcu go znajdzie, a wtedy kara z pewnością będzie jeszcze gorsza... Może zdołałby jakoś zabrać mężczyźnie miecz...?
W momencie, kiedy niepokój w duszy Herne’a zaczął przeradzać się w panikę, mistrz Ugleth nagle zatrzymał się przed jakimiś drewnianymi drzwiami. Powiesił pochodnię na jednym z uchwytów i – wciąż milcząc – zaczął szukać czegoś w kieszeniach szaty, co jakiś czas zerkając na swojego podopiecznego. W końcu znalazł to, czego szukał; z wewnętrznej kieszeni stroju wyciągnął niewielki, żelazny klucz.
-Wiesz, co to za miejsce, Ignis? – spytał, a Herne w milczeniu pokręcił głową. – A wiesz, co to za klucz?
-Nie, mistrzu.
Mężczyzna uśmiechnął się nagle w tańczącym i liżącym cienie świetle pochodni, co sprawiło, że Herne poczuł gwałtowną falę obrzydzenia. Ugleth wsadził klucz do żelaznej kłódki i przekręcił dwa razy, aż usłyszał ciche kliknięcie. Wtedy pchnął drzwi i przytrzymał je otworem, gestem zapraszając ucznia do środka.
Herne poczuł, że jego nogi nagle stały się ciężkie, jakby jego strach zamienił się w wosk i przymocował stopy do wilgotnego kamienia. Wiedział już, czego może spodziewać się w środku, ale wiedział też, że nie będzie żadnej drogi ratunku – nikt nie usłyszy go w tej cuchnącej zgnilizną i żelazem ciemności. Mistrz ciągle uśmiechał się do niego dziwnie, czekając, aż chłopak przekroczy próg.
Białowłosy rekrut bardzo powoli ruszył przed siebie, mając wrażenie, że za chwilę zwymiotuje.
Mistrz zatrzasnął za nimi drzwi i pogrążył ich obu w nieprzeniknionej czerni. Herne zaczął głęboko oddychać i naprężył mięśnie, oczekując tego pierwszego dotyku i przygotowując każdy swój nerw na reakcję...
...Nic takiego nie nastąpiło.
Po chwili pomieszczenie rozświetliły świece pływające w misach w kwadratowej rynnie, zapalane jedna po drugiej przez krążącego po pokoju mistrza. Herne zamrugał, kiedy jego oczy przyzwyczajały się do tego nikłego oświetlenia, i wtedy dostrzegł wokół siebie błysk ognia odbity w żelazie.
Gwałtownie wstrzymał oddech i cofnął się do tyłu.
Zbrojownia.
Wokół niego wznosiły się ogromne półki, na których pyszniły się tysiące mieczy, zbroi, dzid, lanc, toporów, kastetów, maczug... Solidne pancerze odbijały błękitne płomienie pływających lamp, tworząc tysiące metalowych luster. Ostrza groźnie wynurzały się z mroku, jakby czekając na ten moment, kiedy ponownie chwyci je ludzka ręka. Rdza na toporach przypominała krwawe plamy.
Wstęp do tego pomieszczenia był uczniom surowo zabroniony. Nikt nie wiedział nawet, gdzie zbrojownia się znajduje...
Mistrz Ugleth przyglądał się przez chwilę zdumieniu podopiecznego, po czym skrzyżował ręce na brzuchu i chrząknął.
-Wybierz sobie broń – powiedział.
-Co? – zdumienie sprawiło, że Herne całkowicie zapomniał o zasadach akademickiej etykiety.
-Wybierz broń, Ignis – powtórzył głośniej mistrz. – I okaż trochę szacunku, jeśli łaska, wyjdzie ci to na dobre.
-Ale... dlaczego? Mistrzu? – spytał chłopak, wpatrując się w całkowitym osłupieniu w swojego przełożonego.
Ten ponownie pomachał listem królewskim, zatkniętym do tej pory za pas.
-Mam tu pismo od Jej Królewskiej Mości – oznajmił z wymuszoną serdecznością. – Tyczy się ciebie. Zapewne wiesz doskonale o corocznym turnieju szermierki, mającym miejsce za niecały miesiąc w stolicy.
Herne skinął głową. Wiedział. Słyszeli o tym turnieju niemal wszyscy ci, którzy wiedzieli, co to jest szermierka i za który koniec trzeba trzymać miecz. Była to jedna z największych imprez wojowników na kontynencie i co rok ściągała do Kath-Li tysiące złaknionych rozrywki widzów oraz pragnących sławy wojowników. Każdy młody chłopak marzył, że pewnego dnia wyjdzie z obnażonych mieczem na piasek ogromnej areny amfiteatru i zdobędzie Liliową Opaskę – trofeum, o które gotowi byli walczyć najsłynniejsi szermierze Midgardu.
Herne nie był wyjątkiem.
-Wiesz, że w turnieju mogą brać udział tylko zawodnicy od siedemnastu lat w górę? Chyba, że osoba władcy i inni dostojnicy jednogłośnie wybiorą własnego kandydata i zatwierdzą to na piśmie?
-Tak, mistrzu – przyznał słabo Herne; nagle poczuł, jak solidna podłoga zbrojowni zwija się spod jego nóg niczym dywan.
-Oczywiście, potrzebny jest podpis rodzica lub opiekuna – ciągnął mistrz, najwyraźniej napawając się tą chwilą. – Inaczej nawet sama Królowa nie może nic zdziałać, jeśli delikwent nie jest pełnoletni. Znasz te zasady, prawda, Ignis?
-Tak, mistrzu – szepnął Herne; jego gardło zrobiło się nagle suche, a oczy zapałały niezdrowym blaskiem.
Czy on próbuje mu powiedzieć, że...?
-Słuchaj uważnie, gówniarzu – warknął nagle Ugleth, rozwijając przed oczami chłopca królewskie pismo. – Tu stoi, że Królowa Tarya i wszystkie inne szychy z rządu wybrały ciebie jako kandydata do tegorocznego turnieju. Coś takiego nie miało miejsca od ponad trzydziestu lat. Podpisał się nawet sam generał Hodur... Ale potrzebują zgody rodzica lub opiekuna, czyli, w twoim przypadku, mojej. A ja nie widzę powodu, żeby to podpisać... szczególnie po tym numerze, który wyciąłeś dzisiaj rano. Dasz mi jakiś powód?
Herne uniósł wzrok i spojrzał w oczy mistrza, szukając gorączkowo jakiegoś rozwiązania. Turniej o Liliową Opaskę... Sama Królowa wybrała właśnie jego... Może wreszcie nadszedł czas, żeby wyrwał się z tego bagna, jakim była Królewska Akademia Wojskowa...
Domyślał się jednak, jakiego powodu chciał od niego mistrz – w pewnym sensie w środowisku armii było to normalne. W małych, niebieskawych oczach widział żądzę i gniew, przemieszane niczym w kotle ze mściwą satysfakcją.
Nagle Herne zdał sobie sprawę, że mistrz stoi stanowczo za blisko.
-W każdym turnieju zdarzają się... wypadki – zaczął cicho chłopak, chwytając się nagłej deski ratunku. – Zdarzało się, że ludzie ginęli. Może i tym razem coś mogłoby się... przytrafić.
Mistrz Ugleth zamrugał i spojrzał na niego uważnie. Herne wziął głęboki oddech i kontynuował:
-Mam dopiero piętnaście lat i jedyne pojedynki, jakie staczałem, były tylko ćwiczeniami. Nie mam żadnego doświadczenia i mistrz o tym wie. Jest bardzo możliwe, że zginę, a prawie pewne, że przegram już w pierwszych starciach. Nie chciałby mistrz tego zobaczyć? Mojej przegranej, mojego upokorzenia przed całym królestwem...?
Jedno spojrzenie na mistrza po tych słowach i Herne był pewny, że trafił idealnie w czuły punkt. Wiedział, że mistrz nienawidzi go prawie tak mocno, jak on mistrza, i że stary Ugleth nie mógłby zaprzepaścić podobnej szansy. Teraz pozostało tylko czekać i zobaczyć, czy to wystarczy.
-Bezczelny bachorze – odetchnął ciężko mistrz – widzę, że zdążyłeś już nieco bliżej mnie poznać. Podpiszę ten dokument, choćby dlatego, że gdybym tego nie zrobił, zaraz zwaliłaby się na mnie cała biurokratyczna zaraza Pałacu. Ale wiedz, że będę na widowni i zobaczę każdą twoją porażkę. A potem, jeśli tu wrócisz... spodziewaj się konsekwencji. Teraz wybierz sobie stąd jakąś broń, byle szybko.
Herne natychmiast rzucił się między półki, niesiony obezwładniającym uczuciem ulgi. Kątem oka zerknął, jak mistrz podpisuje dokument, i uśmiechnął się mściwie.
Stary, zboczony dureń.
* * *
skomentuj (4)
2006-07-15 19:44:57 >>
Sala tronowa
Od teraz notki nazywane będą od sytuacji... bo pisanie takich długich tytułów jakoś mi nie pasuje ;) Kiedy przejdę do nowej części, jakoś to zaznaczę. Miałam ambitny plan zaktualizowania każdego bloga przed dwutygodniowym wyjazdem, ale to był naprawdę pracowity tydzień i-niestety- plany zwiał wiatr, który teraz niemal niszczy mi zasłonki. Wybaczcie, proszę...
* * *
Sala tronowa była ciemna.
Zawsze była ciemna, jak z przekąsem zauważył generał Hodur. Zupełnie, jakby ogromna przestrzeń pochłaniała w sobie wszelkie światło, sączyła je i przerzedzała tak, że pod koniec wypluwała tylko delikatny półmrok, w którym sugestia oświetlenia przypominała słaby blask umierającego świetlika. Przy ścianach stały kandelabry z zapalonymi świecami, które dawały zielony płomień, a na środku ogromnego sufitu wznosił się żyrandol, który znikał gdzieś w mroku sklepienia, poza tym w ścianach tkwiły podłużne okna... a mimo to sala zawsze pozostawała ciemna.
Niektórzy mówili, że to osobowość mieszkańca nadaje ton pomieszczeniom, które ten zamieszkuje.
Patrząc na Królową Taryę, Hodur był w stanie się z tym zgodzić.
Siedział właśnie przy okrągłym stole naprzeciwko władczyni, otoczony przez pozostałą dwójkę generałów. Stary Magni, którego twarz pokrywała siatka blizn i zmarszczek świadcząca o czcigodnym wieku dowódcy, zaczynał cicho pochrapywać. Natomiast Morrigan rozsiadła się wygodnie i wyglądała na tak irytująco wyluzowaną, jak tylko śmiała w pałacowych pomieszczeniach.
Hodur szczerze jej nienawidził.
Sam pomysł, żeby kobietę mianować generałem, kłócił się z jego fundamentalnym systemem wartości; ale żeby całą Lewą Armię sfeminizować i zrobić z niej kobiecą jednostkę... To już przekraczało wszelkie możliwości pojmowania generała Armii Środkowej.
Kath-La była zapewne jedynym państwem Midgardu, które posiadało armię podzieloną na trzy człony: Środkową, Prawą i Lewą. A z pewnością jedynym, gdzie cały jeden człon armii tworzyły kobiety. Hodur uważał stanowczo, że potrafiliby się obyć bez podobnych wyróżników.
W dodatku Morrigan była... niezależna. Prezentowała ten styl bycia, jaki często demonstrują młodzi karierowicze, którzy z dnia na dzień wywindowali się na wyżyny społeczeństwa – często własną, ciężką pracą. Wtrącała się. Kłóciła. Traktowała ich niemal z góry – ich, zasłużonych wojowników ojczyzny, którzy przerastali ją wiekiem, zdolnościami, doświadczeniem oraz samym faktem, że byli mężczyznami – i uważała, że ma prawo panoszyć się wszędzie niczym właścicielka.
Tradycyjną zbroję generałów zmieniła na coś, co skłaniało młodych mężczyzn do oglądania się za nią i wymieniania gorączkowych uwag natury anatomicznej. Zdecydowała się na krótkie włosy, które prowokująco pofarbowała na rudo. Nosiła sztylet na udzie – nie dlatego, że było to praktyczne, ale dlatego, że taki sztylet na udzie niezwykle skutecznie przyciągał męskie spojrzenia. A także... chodziła w Taki Sposób.
Jej chód przypominał harmonijny mechanizm; zupełnie, jakby poszczególne regiony jej ciała nie mogły się poruszać, jeśli inne nie poruszą się odpowiednio płynnie i odpowiednio... okrągle. Hodur uważał, że ćwiczyła ten chód przez długie lata.
Babska armia, kobieta-generał... To wszystko były pomysły Królowej. Wiele reform i usprawnień było pomysłami Królowej, której zdawało się ich nigdy nie brakować. Poza tym, większość z nich naprawdę... działała, nawet, jeśli oznaczały pogrzebanie wieloletniej tradycji Królestwa.
W zasadzie, jak uznał Hodur po długiej analizie, większość z nich działała właśnie dlatego. Królowa po prostu wskazała palcem na pewne elementy funkcjonowania państwa, pokręciła nosem, wyrzuciła je i wstawiła nowe. Efekt był taki, że po zaledwie paru latach jej panowania Kath-La przeszła transformację z dość prężnie rozwijającego się państwa w wielkie imperium, z którym musiało się liczyć niemal każde większe państwo Midgardu.
I chociaż Hodur, ksenofob i tradycjonalista do szpiku kości, nie lubił specjalnie młodej i ambitnej władczyni, to musiał przyznać, że darzy ją pewnym chłodnym podziwem – chłodnym dlatego, że Królowa Tarya potrafiła zmrozić człowieka na wskroś, zwyczajnie na niego patrząc.
Mówiono, że znała się trochę na magii, co jednak zbytnio nie dziwiło – wszak jej ojciec, zmarły przedwcześnie król Lleu, sam parał się nią dość skutecznie. Podobno właśnie to go zabiło; pewnego dnia po prostu przesadził w swojej pracowni, próbując wezwać demona, nad którym nie potrafił zapanować. Nikt nie wiedział dokładnie, co się stało tego dnia ani co tak naprawdę wywołało eksplozję. Dość, że któryś ze służących znalazł potem ciało monarchy rozrzucone, dosłownie mówiąc, tu i tam w laboratorium.
Służący dostał histerii. Parę dni potem złożył wymówienie i zniknął, chociaż szukano go, aby potwierdził to, co widział, w kronikach.
Niektórzy cynicznie mówili, że tym wypadkiem zmarły król wyświadczył państwu największą przysługę w całym okresie swojego panowania; na tron wstąpiła jego siedemnastoletnia wówczas córka, Tarya.
Od tamtej pory Kath-La nigdy już nie była taka sama.
Hodur poprawił się na krześle, przerywając ciszę szczękiem ciężkiej zbroi. Obok niego Morrigan ziewnęła przeciągle.
-Cierpliwości, moi drodzy – odezwała się Królowa, odrzucając do tyłu długie, kasztanowe włosy. – Zaczniemy, jak tylko zjawią się taisch.
Hodur nie poruszył się, ale prychnął w myślach na dźwięk tego słowa. To był kolejny pomysł Królowej: dwójka taisch, jasnowidzących, mężczyzna i kobieta. Ankou i Cerridwen, rodzeństwo, których przepowiednie i wizje miały balansować się nawzajem tak, jak balansują się pierwiastki męski i żeński. Ich obecność i wysoka pozycja były o tyle zaskakujące, że sama Tarya nie sprawiała wrażenia osoby zabobonnej, co potwierdziła, zakładając zakon Oświeconych, złożony z dziesięciu mędrców zajmujących się jakąś dziwną, tajemniczą nauką, z którą Hodur osobiście nie chciał mieć nic do czynienia.
Przepowiednie, magia, nauka, jakieś podejrzane eksperymenty i intrygi... Do tego jeszcze sama osoba Królowej, mroczna, zagadkowa i w pewnym sensie budząca strach... Hodur nie był przyzwyczajony do podobnych spraw i był do nich instynktownie uprzedzony. Znał się na wojnie – to było jego rzemiosło, jego hobby i cel życia. Na polu bitwy, w środku zawieruchy, nie było miejsca na filozofię. Był tylko on, wróg i miecz. Gdyby nagle stanął i zaczął zadawać pytania o egzystencję, otrzymałby bardzo szybko zwięzłą odpowiedź na temat jej długości.
Był wojownikiem w pełnym znaczeniu tego słowa, dlatego nie podobała mu się obecna sytuacja państwa – nawet, jeśli te rozwijało się ponad wszelkie wyobrażenia. Ponieważ polityka zmieniła się w teatr, a wszystko było grą oszustw.
Hodur nie znosił oszustów ponad wszystko.
Nagle ciężkie drzwi do sali otworzyły się, a w progu skłonił się nisko jeden ze służących. Przepuścił dwie postacie w długich białych szatach, które płynnymi, niemal zwiewnymi krokami zbliżyły się do stołu. Zajęły dwa puste krzesła po obu stronach Królowej, która skinęła im głową.
Zarówno Ankou, jak i Cerridwen, mieli na czołach wytatuowany symbol oka patrzącego w górę – znak jasnowidza. Poza tym byli niemal identyczni: oboje z długimi, jasnymi włosami, błękitnymi oczami i chorobliwie bladą skórą, przeraźliwie chudzi i drobni. Ich wzrok był rozbiegany zawsze, kiedy akurat nie przebywali w transie, co sprawiało wrażenie, że w zaświatach odnajdywali się lepiej niż we własnej, solidnej rzeczywistości.
Hodur im nie ufał, ale tolerował jakoś ich obecność na zebraniach ze względu na Królową. A ta nalegała, żeby mieć ich przy sobie na każdym ważnym spotkaniu; możliwe, że po to, aby przerażać gości swoimi paranormalnymi podopiecznymi.
-Możemy zaczynać – oświadczyła cicho Królowa. – Czekam na pana opinie w związku z nowym projektem, generale Hodur. I czy mogłabym prosić o delikatne szturchnięcie generała Magni? Jego przytomność w trakcie tej rozmowy jest dość istotna.
Morrigan parsknęła cicho, a Hodur rzucił jej mordercze spojrzenie. Skłonił się przed Królową i trącił starszego kolegę, który zamrugał, speszony, i powiódł wzrokiem po zebranych.
-To już? – spytał niepewnie starzec, zerkając na władczynię, która uśmiechnęła się uprzejmie.
-Zamierzam wysłuchać waszych opinii na temat nowej jednostki wojskowej, którą planuję utworzyć, generale – wyjaśniła spokojnie, a Hodur odniósł wrażenie, że Magni już niedługo pożegna się ze swoją zbroją na rzecz jakiegoś młodego oficera, który miałby w sobie na tyle dużo energii, że nie zapadałby w drzemki na zebraniach. – Generale Hodur?
-Wasza wysokość – wojownik skłonił głowę, zanim spojrzał Królowej w oczy. – Muszę przyznać, że perspektywa posiadania podobnego oddziału pod moimi rozkazami jest niezwykle kusząca, jednakże...
-Tak?
Hodur zaczerpnął głęboko powietrza.
-Obawiam się, że kłóciłoby się to z podstawowymi zasadami uczciwej wojny, wasza wysokość.
Królowa westchnęła, jakby miała przed sobą wyjątkowo krnąbrne dziecko.
-Generale – zaczęła – ufam pańskiemu doświadczeniu w każdej materii, która tyczy się pola bitwy. Rozumiem, że ma pan silne poglądy na temat honoru i chwały. Jednak musi pan zrozumieć, że idziemy naprzód. Już czas, żeby ktoś napisał nowe zasady. Tradycja nie zaprowadzi nas daleko. Może jedynie sprawić, że będziemy kręcić się w kółko w bagnie przekonania, że to, co stare i sprawdzone, musi być dobre.
Wstała i zaczęła powoli krążyć wokół stołu, uważnie obserwując twarze zebranych, a w szczególności generała Hodura.
-Jednostka Uskrzydlonych jest znakiem zmian – podjęła władczyni – symbolem reform, które pchną nasze państwo na nowe ścieżki rozwoju. Pomoże nam szerzyć postęp na tereny innych krajów, co zdobędzie nam nowe, znaczące wpływy w świecie. Poza tym ufam, że będziemy jedynym państwem Midgardu, które posiadałoby jednostkę żołnierzy dosiadających mechanicznych smoków.
Uśmiechnęła się do siebie, jakby znajdowała w tej myśli jakąś osobliwą ironię, którą tylko ona była w stanie dostrzec.
-Nie wątpię, pani – rzekł szybko Hodur, po raz kolejny schylając głowę. – Jednak niepokoi mnie sama natura rzeczonego oddziału. Czy te... maszyny są już wypróbowane? Czy jest gwarancja, że sprawdzą się na polu bitwy? Kto zostałby dowódcą podobnego tworu?
-Ach – uśmiech Królowej rozszerzył się nieco, a jej zielone oczy zabłysły nieznacznie – mamy już doskonałego kandydata. Poznał go pan osobiście, podczas wizyty w Królewskiej Akademii Wojskowej. Jeśli byłby pan łaskaw sobie przypomnieć... młody człowiek o niezwykłym talencie. Nazywa się Herne Ignis.
-Co?! – generał przez chwilę stracił panowanie nad sobą. – Ten dzieciak? Przecież on ma dopiero piętnaście lat! W dodatku...
Urwał. Chciał dodać: „ma nierówno pod sufitem”, ale to zdanie jakoś nie pasowało do ciemnych murów pałacu. Poza tym Królowa patrzyła teraz wprost na niego, uśmiechając się nieruchomo. Generał znał już ten uśmiech. Była to jedna z masek władczyni, która nigdy nie zapowiadała niczego wesołego.
-... jest raczej niezdyscyplinowany – dokończył ugodowo. – Tak słyszałem. Tyle tylko chciałem powiedzieć.
-Chyba kojarzę tego chłopaka – wtrąciła się najwyraźniej znudzona Morrigan. – To ten, który zabił swojego partnera podczas ćwiczeń szermierki?
-Nieszczęśliwy wypadek – rzekła władczyni.
-Musiał być faktycznie nieszczęśliwy, skoro miecze do ćwiczeń są zrobione z drewna – wtrącił swoją opinię przewodniczący Gildii Kupców, który do tej pory w milczeniu przysłuchiwał się rozmowie. – W dodatku, jak słyszałem, nasz chłopak miał wtedy dziesięć lat. Jego zmarły partner, o ile mi wiadomo, miał ukończyć piętnaście.
Zapadła cisza, którą przerwała dopiero sama Królowa.
-Panie Vorbeau – zaczęła spokojnie – to świadczy tylko o jego niezwykłych zdolnościach bitewnych. Dowódca Uskrzydlonych powinien być zdeterminowany, niepokonany, a także waleczny, odważny i młody. Herne jest najlepszym kandydatem na to stanowisko.
-Nie sądzę jednak, że dowódca Uskrzydlonych powinien być szalony – nie ustępował Vorbeau. – Czy to właśnie nie Herne podpalił budynek Akademii parę lat temu? Czy to także był nieszczęśliwy wypadek?
-Owszem – przyznała Królowa z pokerową twarzą. – Chłopiec potknął się, niosąc pochodnię. Byli świadkowie.
-Nie zmienia to jednak faktu, że jest jeszcze dzieckiem – uznał Hodur. – Naprawdę uważasz, pani, że powinniśmy powierzać tak odpowiedzialną funkcję piętnastolatkowi?
-Czyżbyś bał się świeżej krwi, generale? – spytała bezczelnie Morrigan. – Obawiasz się, że nie będziesz w stanie zapanować nad jakimś tam rozbrykanym młodzikiem? A może... – oczy kobiety błysnęły złośliwie – boisz się, że okaże się lepszy od ciebie?
-Brednie – obruszył się Hodur, urażony. – Jej wysokość wie, że zawsze kierowałem się wyłącznie dobrem państwa...
-Naturalnie, generale – przyznała łaskawie Królowa. – Zawsze doceniałam pańskie poświęcenie i nie wątpię, że i tym razem nie zawiedzie pan moich oczekiwań. Z pewnością przyzna mi pan rację, kiedy już przekona się, jak ważna będzie jednostka Uskrzydlonych dla przyszłości naszego królestwa. A także, jak... bezpardonowa powinna być ich taktyka.
-Bezpardonowa? – spytał generał Magni.
-A tak – przyznała Królowa Tarya, wciąż z tym samym, nieruchomym uśmiechem. – Z pewnością ich ataki będą siać panikę wśród cywilów. Ponadto życzyłabym sobie, aby ich operacje, przynajmniej na początku, trzymane były w ścisłej tajemnicy. To siłą rzeczy oznacza pewne... ofiary.
-Masz na myśli, pani, że powinni od razu zabijać wszystkich, którzy ich zobaczą – stwierdziła Morrigan, a po jej twarzy błąkał się złośliwy uśmiech.
-Obawiam się, że będzie to konieczne – przyznała władczyni, wciąż tym samym cichym, spokojnym głosem. – Nie możemy pozwolić na to, aby wrogie państwa odkryły, nad czym pracujemy ani co zamierzamy osiągnąć.
-Wrogie państwa, pani? – spytał czujnie Vorbeau. – O ile mi wiadomo, nie prowadzimy z nikim żadnym wojen.
-Póki co, istotnie nie – szepnęła władczyni z dziwnym blaskiem w jasnych, zimnych oczach. – Jednakże sytuacja polityczna między Kath-Lą a paroma innymi państwami, takimi jak Domnu czy Epona, jest raczej... napięta. Należy być przygotowanym do ewentualnych starć.
Uśmiechnęła się nagle w inny sposób - Hodurowi skojarzył się z małą dziewczynką, która właśnie dowiedziała się o nowym prezencie – i wróciła na swoje miejsce.
-Jesteśmy państwem, które popycha cywilizację na wyższe szczeble rozwoju – powiedziała. – Pragnę się nią podzielić z naszymi sąsiadami, a w przyszłości z resztą świata... Musimy wypchnąć wreszcie mroki tradycji i zrobić miejsce nowym, świeżym powiewom wolnej myśli. Nastąpi nowy porządek, a takie istoty, jak elfy czy krasnoludy mogą się w nim nie odnaleźć. One należą do tradycji. Nie wykorzenimy jej, jeśli zignorujemy właśnie takie jej aspekty. Inne państwa mogą się ze mną nie zgodzić... Dlatego właśnie będzie potrzebna mi taka jednostka, jak Uskrzydleni. Aby samym swoim istnieniem mówiła wszystkim wokół, że nie boimy się zmian. A tylko ci, którzy się ich nie boją i są w stanie ruszać z czasem, a nie stać w poprzek strumienia, mogą przetrwać. Herne... będzie wielką figurą w świecie wojny. I to już niedługo. Ale żeby zrobić ten jeden krok w kierunku przyszłości, który będzie miał tak wielkie znaczenie, potrzebuję waszego wsparcia.
-Pani – Morrigan poderwała się z miejsca i skłoniła nisko, niemal do ziemi, przed swoją władczynią. – Czemu ten oddział musi podlegać Armii Środkowej? Wśród moich żołnierzy z pewnością znajdą się dziewczęta odpowiednie do tego zadania. Powierz je mi, wasza wysokość. Mogę zaręczyć, że my... – tu zerknęła krytycznie na Hodura – nie boimy się zmian.
-Nie wątpię – ucięła Królowa. – Jednak Armia Środkowa jest najsilniejsza, a jej operacje mają największe znaczenie dla naszego państwa. Generał Hodur jest człowiekiem, którego sława i doświadczenie nigdzie nie budzą krytyki, a jego imię rozsławione jest na całym kontynencie. Poza tym, charakter i operacje Uskrzydlonych będą takiej natury, że mężczyźni bardziej się do nich nadadzą niż kobiety.
Morrigan wyglądała, jakby chciała protestować, ale w końcu, pod nieruchomym spojrzeniem Królowej, skłoniła się tylko i wróciła na miejsce. Nawet ona dostrzegła, że w tym przypadku nie było miejsca na dyskusję.
Hodur uśmiechnął się pod grubym wąsem.
Bezczelna wiedźma.
-Co do maszyn, generale – podjęła władczyni – to zapewniam, że są w doskonałym stanie. Moi technicy w tej chwili dokonują ostatnich poprawek. Pozostała nam właściwie tylko kosmetyka... oraz ostatnie testy, które wskażą, gdzie tkwią ewentualne błędy. Ręczę za to, że te maszyny są nadzwyczaj bezpieczne. Pracujemy teraz nad projektem mundurów, które będą najodpowiedniejsze dla tego oddziału. Liczę tutaj na pańskie wskazówki.
-Mundury? – spytał Hodur. – Nie tradycyjne zbroje płytowe?
-Zbroje płytowe są dobre dla piechoty i jazdy, ale jak pan sobie wyobraża, generale, latanie w nich? Nie; to musi być coś lekkiego i ciepłego jednocześnie, coś, co chroniłoby ciała żołnierzy w powietrzu, zarówno od chłodu, jak i żaru. To nie jest oddział stworzony do walki twarzą w twarz, proszę o tym pamiętać. Ale o tym porozmawiamy później.
-Wciąż mam wątpliwości co do tego... młodego człowieka – wyznał Hodur. – Nie wyobrażam sobie, żeby był w stanie podołać zadaniu. Starsi żołnierze nie będą chcieli oddać się pod komendę szczeniaka, z całym szacunkiem.
-Jeśli będą starsi, to ta różnica nie będzie znacząca – odparła uprzejmie i cierpliwie Tarya. – Chcę, żeby cały oddział tworzyli chłopcy mniej więcej w jego wieku.
-Elitarna jednostka złożona z niedoświadczonych nastolatków? – spytał sceptycznie Vorbeau. – Wybacz, pani, ale trudno sobie wyobrazić podobny... eksces.
-Młodzi, pełni sił i zapału ludzie, których poglądy się dopiero kształtują – zwróciła się do niego Królowa – będą idealni. Łatwo będzie nimi pokierować tak, aby jak najefektywniej spełniali swoją rolę. Ponadto będą chcieli udowodnić, że mimo wieku potrafią odnosić sukcesy. Będą dawać z siebie wszystko... ponieważ to oni mają przed sobą przyszłość. To oni mają o co walczyć. Jeśli damy im w pełni dorosłego dowódcę, obydwie strony nie będą sobie ufać. Będą bunty, niezadowolenie, dezercja. Herne z pewnością zjedna sobie ich zaufanie i sympatię.
O ile wcześniej ich nie pozabija, pomyślał kąśliwie Hodur.
Cały ten pomysł ani trochę mu się nie podobał. Wiedział jednak, że jest na straconej pozycji i że całe to zebranie było tylko grą. Królowa zawsze dostawała to, czego chciała – a jeśli nie, to brała to sobie sama.
-Wciąż nie rozumiem, co takiego planujesz, wasza wysokość – odezwał się po dłuższej chwili Vorbeau. – Czy mamy się szykować do wojny? Czy sami ją wypowiemy? Muszę wiedzieć, na co my, kupcy, mamy być przygotowani. Wojny nie są dobre dla handlu. A twoje słowa, pani... brzmią co najmniej groźnie.
-Być może, panie Vorbeau – uśmiechnęła się enigmatycznie Królowa. – Jednak historia zawsze pisana była krwią wojowników. Wszyscy, którzy pragną zmian, muszą być gotowi na pewne ofiary. Czasami... – westchnęła kobieta – od tradycji nie da się uciec. A tradycja wojny tkwi w nas zdecydowanie zbyt głęboko.
Po tych słowach zapadła dłuższa cisza, podczas której każdy z zebranych – z wyjątkiem Królowej i jej dwóch milczących jasnowidzów – przyswajał sobie te słowa. Powoli zaczynali rozumieć. I odczuwać dreszcze.
Perspektywa wojny nagle przestała już być tak odległa, uznał Hodur. Odkrył, że jego prawa ręka spoczywa nerwowo na rękojeści miecza i jednym palcem głaszcze skórzaną pochwę. Świerzbiła.
Uśmiechnął się pod nosem, czując znajome dreszcze oczekiwania, które zawsze nadchodziły przed bitwą – czuł, że jego przeczucia się sprawdzą.
Już niedługo.
* * *
skomentuj (6)
2006-07-05 15:04:02 >>
"Uskrzydleni", tom pierwszy, część I- Ten, który krew nosi w oczach, ciąg dalszy
Wiem, że poprzednia notka była dopiero wczoraj i że nie daję się pewnie wypowiedziec porządnie na jej temat osobom, które dopiero tu wejdą (? ^^?), ale szczerze mówiąc nie mogę się już doczekac, a że siedzę przed komputerem i jak dzika dopisuję dalsze fragmenty (wena złapała po kryzysie, a jak mocno! :D), do chyba mogę dac jeszcze jeden, żeby już naprawdę było co krytykowac... W końcu trzeba poznac głównych bohaterów, nie? Oto dwójka z nich. Z dedykacją dla Shield, za jej ciężką pracę w założeniu forum (!!!) i dla Villemo, że pracowicie pomaga mi się rozwijac. Dziękuję, dziewczyny!!
* * *
... Czternaście lat później...
Wysoki piętnastolatek skoczył do mrocznego zaułka i przywarł do muru, oddychając ciężko. Znieruchomiał, ręką zatykając nos; zaułek cuchnął tygodniowymi odpadami. W powietrzu unosił się także fetor kociej kuwety.
Po chwili rozległ się stukot metalowych obcasów żołnierzy, zmieszany z nerwowymi okrzykami w stylu „Tam pobiegł!”, „Łapać go!” i „Nie pozwólcie mu uciec!”. Czasami dało się też słyszeć standardowe w takich sytuacjach hasło „Łapać złodzieja!”. Chłopak jeszcze sztywniej przywarł do muru, chowając się w jego cieniu, i wstrzymał oddech. Kiedy oddział przebiegł mimo, nie zauważając go, odczekał chwilę i powoli kucnął, wycierając ręką spocone czoło i odgarniając z twarzy czarne włosy.
Uśmiechnął się do siebie, oddychając z ulgą. Durnie, pomyślał z satysfakcją, czując, jak adrenalina wywołana pościgiem powoli się wyczerpuje. Nie złapaliby nawet kulawego żółwia.
Dopiero, kiedy upewnił się, że żołnierze znikli, rozłożył na brudnej ziemi ściskany w lewej ręce płócienny tobołek. Zaczął ostrożnie grzebać w zawartości, egzaminując uważnie skradzione przedmioty.
Jego uśmiech rozszerzył się nieznacznie.
To był dobry łup. Nawet bardzo dobry. Kolczyki najlepszego jubilera w Tarze; ceramiczny talerz z misternym rysunkiem wodnego smoka, ani chybi dzieło jakiegoś rzemieślnika z Domnu; charakterystyczna strzała z Księstwa Epony; naszyjnik z herbem Królowej. Tak... za samo to powinien dostać taką zapłatę, że ani on, ani Lakki nie będą głodować przez następny miesiąc.
Chłopak ostrożne zapakował przedmioty z powrotem w płótno, wstał i zarzucił sobie tobołek na ramię. Jednak, kiedy już miał opuścić bezpieczny zaułek, z drugiej strony ulicy rozległy się kroki.
Złodziej błyskawicznie cofnął się w cień i zaczął uważnie nasłuchiwać. Echo odbijało się od milczących murów coraz bliżej, tak, że po chwili mógł stwierdzić, iż w jego stronę szedł tylko jeden człowiek. Nie żołnierz... kroki były zbyt chaotyczne, tak jakby idący szedł szybko, nie znając drogi i oglądając się za siebie. Cudzoziemiec? A może ktoś taki, jak on, przestępca próbujący umknąć?
Wolna ręka złodzieja spoczęła na uspokajającym ciężarze noża przytroczonego do pasa. Może warto zaryzykować... Jeśli to jedna osoba, powinien dać sobie radę...
Kiedy już rozważał opuszczenie bezpiecznego, choć przykrego schronienia, na wybrukowanej drodze pojawiła się postać.
Złodziej zmrużył oczy i uśmiechnął się nieznacznie, przyglądając się intruzowi. W jego oczach kolumny liczb natychmiast zaczęły wskakiwać na miejsca i układać się w równania, które niezmiennie kończyły się na wyniku: mnóstwo forsy.
Czujne oczy złodzieja automatycznie zaczęły wyceniać ubiór przybysza. Cholernie drogi, czarny wełniany płaszcz podszyty od spodu jedwabiem; żelazny, zdobiony złoceniami pas, na którym wisiał miecz; buty ze skóry, sięgające kolan, z niewysokimi obcasami; koszula z najdroższego materiału w stolicy.
Młody szlachcic, nie było co do tego wątpliwości. Tylko tacy mogli nosić miecze, nie będąc żołnierzami. Nieznajomy całym swoim ubiorem zdawał się krzyczeć „Gruba ryba – łatwy szmal”. Poza tym, choć twarz przybysza ukrywał kaptur, złodziej mógł stwierdzić, że był to młody chłopak, mniej więcej w jego wieku.
Przestępca uśmiechnął się szerzej; trudno wyobrazić sobie łatwiejszy cel.
Tak, on i Lakki jeszcze długo będą mieli co jeść...
Złodziej wypróbował w myślach planowany ruch i śmiało wyszedł z zaułka, stając naprzeciw swojej niedoszłej ofiary ze szczerym, przyjaznym uśmiechem.
-Witam – uniósł rękę w pokojowym geście, kiedy nieznajomy zatrzymał się gwałtownie. – Można wiedzieć, co sprowadza tu takiego dostojnego kawalera o tak wczesnej porze?
Pora faktycznie była wczesna; nad sennymi, pogrążonymi w ciszy wąskimi uliczkami unosiła się świeża, chłodna mgła, której poszarpane pasma wiły się między kamiennymi budynkami niczym fruwające węże. Słońce dopiero wschodziło. Panował ten niezwykły czas, kiedy noc nie całkiem jeszcze odeszła, a dzień dopiero rozpoczął poranne rozciąganie się i ziewał przeciągle. Ten czas nie należał do nikogo; nocne istoty właśnie schodziły z posterunków, a ich dzienne odpowiedniki jeszcze nie starły z oczu snu.
O tej porze Tara, stolica Królestwa Kath-Li, naprawdę przechodziła w stan zawieszenia. Za chwilę kupcy wstaną i rozłożą towary na ulicach, za chwilę politycy udadzą się do swoich gabinetów w pałacu, za chwilę kobiety ruszą po zakupy, a dzieci rozpoczną zabawy. Za chwilę na powrót rozpocznie się życie, przypominające ruch w mrowisku; za chwilę.
Ale jeszcze nie teraz.
Nieznajomy stanął nieruchomo na wprost złodzieja, jak gdyby lustrując go wzrokiem przez materiał kaptura.
-Zejdź mi z drogi – odparł w końcu głosem, który jasno sugerował, że nieznajomy nie życzy sobie wdawać się w dalszą rozmowę z robakami.
Uśmiech złodzieja nie zmienił się ani trochę.
-Nie wyglądasz mi na człowieka stąd – stwierdził pogodnie, podchodząc krok bliżej. – Znam te okolice, jestem... uczniem tutejszego krawca. Nazywam się Val. Może mógłbym w czymś pomóc?
-Powiedziałem: spadaj – mruknął chłopak w kapturze; tym razem jego głos zabrzmiał jak warknięcie rozdrażnionego wilka.
Szlachcic ostrzegawczym ruchem położył dłoń na rękojeści miecza. Val przyjaźnie zamachał rękami, dając do zrozumienia, że nie ma zamiaru wdawać się w walkę.
-Chcę tylko pomóc – powiedział łagodnie. – Wyglądasz na zagubionego. Szukasz czegoś, kogoś? Może mógłbym wskazać ci drogę?
Przybysz wahał się przez chwilę, najwyraźniej ważąc na szali różne możliwości. Po chwili jednak zdecydował się i odrzucił kaptur do tyłu, podpierając się prawą ręką pod bok.
W tym momencie Val wyzbył się wszelkich wątpliwości: to musiał być szlachcic, nikt inny nie mógłby wyglądać podobnie.
Spod kaptura wysypały się gęste, dość krótko obcięte przy szyi białe włosy. Nie platynowy blond, nie szarawe, lecz białe, tak, jak biały był śnieg. Okalały gładką, bladą twarz o łagodnych rysach, w dodatku – Val nie mógł tego nie zauważyć – niezwykle urodziwą. Lewe oko chłopaka nieznacznie przykrywały bujne włosy, ale prawe, przypominające barwą bursztyn, uważnie przypatrywało się złodziejowi. Czoło chłopaka przewiązane było grubą, czerwoną przepaską, zawiązaną z tyłu.
Złodziejowi błysnęły oczy; na środku przepaski lśnił nieznacznie drogocenny kryształ górski.
Nagle Val katem oka dostrzegł sakiewkę przywiązaną z drugiej strony pasa przybysza. Fachowym okiem błyskawicznie ocenił węzły i w myślach zaczął planować swój kolejny ruch.
Szlachcic uśmiechnął się nieznacznie do Vala.
Val uśmiechnął się do sakiewki.
-Szczerze mówiąc... – zaczął nieznajomy, pocierając nerwowo policzek – szukam jakiegoś baru. Nie wiesz, czy cokolwiek jest otwarte o tej porze?
-Małe szanse – Val wzruszył ramionami. – Trzeba poczekać przynajmniej do pełnego wschodu słońca.
-Szlag – syknął młodzieniec, zerkając w bok. – A nie wiesz, gdzie mógłbym o tej porze dostać coś alkoholowego? Cokolwiek?
Val przyjrzał się nieco bliżej, zaintrygowany. Chłopak przed nim wyglądał na prawdziwie zdesperowanego i gotowego na wszystko, byle tylko... co? Napić się? Dziwne... Skoro był szlachcicem, zapewne wystarczyło mu tylko skinąć, aby przed nim pojawiło się w pokłonach z tuzin wymuskanych lokajów z tacami dziesięciu win do wyboru. A tymczasem facet co chwila kierował głowę nieco w bok, jakby nasłuchując, i wyglądał na zdenerwowanego... Czyżby kolejny buntownik, który postanowił, że odegra dramatycznie niezrozumianego nastolatka i zwieje z domu?
-Jak masz na imię... panie? – spytał nagle złodziej.
Nieznajomy rzucił mu wściekłe spojrzenie.
-A co ci do tego? – syknął, robiąc krok w przód.
Val stwierdził, że musi działać szybko.
-Proszę wybaczyć, po prostu poczułem się... zaintrygowany – uśmiechnął się ujmująco. – Znam jedno miejsce, które powinno być otwarte... Niedaleko stąd... Chętnie zaprowadzę.
Chłopak zmierzył go nieufnie swoim piwnym okiem. Val poczuł gęsią skórkę; w ten sposób mógłby patrzeć żołnierz na innego, wrogiego żołnierza, zastanawiając się, czy go zabić, czy nie.
W końcu jednak nieznajomy najwyraźniej zdecydował się na opcję „Nie zabijać”, ponieważ zdjął rękę z rękojeści miecza i podszedł parę kroków w stronę Vala. Ten niemal odetchnął z ulgą, ale nieprzyjemne wrażenie po chwili powróciło. Złodziej nabrał dziwnego, ponurego przekonania, że chłopak zmienił trochę swoje opcje na „Nie zabijać
teraz”.
-To gdzie to miejsce? – spytał niechętnie białowłosy młodzieniec, poprawiając nieco opaskę na swoim czole.
-Proszę tędy – Val szybko powrócił do swojej roli szczerego i przyjaznego ucznia krawca. – To tylko parę przecznic stąd. Będzie lepiej, jeśli pójdziesz ze mną... panie. Spacer samotnie o tej porze, w takim miejscu, w dodatku w podobnie... szykownym stroju... Mógłbyś stać się łatwym łupem dla złodziei.
Chłopak idący u boku Vala nagle uśmiechnął się w taki sposób, że złodziej poczuł na karku lodowate dreszcze.
-Niechby tylko spróbowali – szepnął szlachcic; takiego głosu zapewne używałyby wilki, gdyby umiały mówić. – Wtedy to oni staliby się łatwym łupem dla mnie.
-A więc potrafisz walczyć? – Val uśmiechnął się niepewnie, zastanawiając się gorączkowo, czy nie lepiej będzie po prostu uciec.
Ten chłopak coraz bardziej go niepokoił. Rozmawianie z nim przypominało taniec na bardzo cienkim lodzie, w dodatku w żelaznych butach. W każdej chwili można się było spodziewać pierwszego trzasku.
Ale z drugiej strony... ta opaska musiała być cholernie droga. Cała reszta także, nie wspominając już o sakiewce. Może chociaż ją uda się jakoś dyskretnie odwiązać... Jeśli będzie dość szybki... W końcu to mnóstwo obiadów...
-A tak – przyznał dość swobodnie chłopak, uśmiechając się przewrotnie. – Umiem. Całkiem nieźle, jeśli mogę tak o sobie mówić.
Spojrzał na złodzieja kątem oka.
-Ty wiesz... nie wyglądasz mi na ucznia krawca. Oni chyba powinni nosić takie śmieszne, no... takie idiotyczne czapki, żeby ich łatwiej rozpoznawać. Gdzie twoja?
-Zostawiłem w domu – skłamał szybko Val; pod uważnym spojrzeniem towarzysza poczuł, że opcja „Nie zabijać teraz” ulega właśnie rozpatrzeniu. – Żeby nie wyglądać jak idiota z samego rana. Zaczynamy dopiero o dziewiątej.
-Hm – nieznajomy przechylił nieco głowę, najwyraźniej nie przekonany. – A co ty właściwie robisz na ulicach o tej porze?
-Ja... spacerowałem. Lubię, kiedy na ulicach jest pusto. Można wtedy spokojnie... pomyśleć.
Piwne oko ani razu nie przestało uważnie go świdrować. Val czuł, że wije się pod tym spojrzeniem, jakby sam wzrok potrafił przypalać człowieka na rożnie, powoli, kawałek po kawałku.
Nagle uznał, że lód stał się już zbyt cienki.
Pal licho strój, miecz i całą resztę! Zadowoli się tą przeklętą sakiewką. Byle tylko znaleźć się jak najdalej od tego dziwacznego dzieciaka, który urodą przypominał niemal dziewczynę, a zachowaniem zawodowego zabójcę...
-No i gdzie ten twój sklep? – spytał po chwili chłopak głosem znudzonego pięciolatka. – Miał być niedaleko...
Wtedy Val uznał, że czas działać. I to działać szybko.
Sięgnął po nóż, wyciągnął go i przeciął sznury sakiewki jednym płynnym, doświadczonym ruchem. Kiedy poczuł ciężar płótna na ręku, pozwolił, by nogi same zaczęły go nieść jak najdalej stąd. Kierunek nie był ważny; ważne było przeżycie.
Zdążył odbiec parę kroków, zanim usłyszał za plecami wściekły krzyk. Nie odwracał się; nie warto było, doskonale wiedział, że chłopak zaczął go gonić. Ta świadomość wlała w jego nogi dodatkowe siły.
Odgłos obcasów uderzających o bruk był coraz bliżej. A potem nadszedł dźwięk, który sprawił, że krew w żyłach na całym ciele złodzieja zaczęła wrzeszczeć ze strachu: śmiech.
Tak mógłby śmiać się łowca, który wiedział, że doścignie swoją zwierzynę, i tylko bawił się nią dla sportu. Tak mogłoby śmiać się dziecko, które goniło po ulicach schorowanego psa i rzucało w niego kamieniami, tylko dlatego, że to zabawne. Tak mógłby śmiać się demon, miażdżąc człowiekowi ręce po tylko, aby sprawdzić, jaki dźwięk wydają.
Ten śmiech sprawił, że wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu i prawom dynamiki Val zaczął biec jeszcze szybciej.
Nagły świst powietrza nad jego głową i stukot obcasów tuż przed nim kazał mu się zatrzymać. Najwyraźniej, przecząc wszelkim prawom fizyki i regułom zdrowego rozsądku, chłopak przeskoczył nad jego głową i wylądował tuż przed nim, uśmiechając się szeroko. W jego prawej ręce połyskiwał długi, obnażony już i jak najbardziej ostry miecz.
Jednak Val z początku poświęcił broni niewiele uwagi; większość poszła na uśmiech stojącego przed nim chłopaka.
Ten uśmiech mówił, że opcja „Nie zabijać teraz” właśnie przeszła gruntowną analizę.
Val nie zdążył nawet krzyknąć; chłopak przyskoczył do niego tak szybko, że zdawało się, że znalazł się przy nim bez żadnych etapów pośrednich. Podciął złodzieja, w locie chwycił swoją sakiewkę i butem przygniótł przerażonego Vala do bruku. Potem pochylił się nad nim, przyciskając miecz tępą stroną do gardła czarnowłosego chłopaka.
-Uczeń krawca, tak? – syknął, najwyraźniej napawając się tą chwilą. – Ciekawe rzemiosło... Zapewne materiały do szycia teraz strasznie podrożały...
Bez ostrzeżenia, nie dając swojej ofierze chwili na reakcję, uderzył Vala w twarz. Mocno. Złodziej poczuł krew zbierającą się w kącikach jego ust. Jednocześnie nacisk na gardle niebezpiecznie się zwiększył.
Patrząc w zwężone, pałające groźnym blaskiem oczy nieznajomego chłopaka, Val uznał, że to jednak nie był jego szczęśliwy dzień. Zaczął w duchu modlić się do niczego konkretnego, żeby nie okazał się ostatnim.
I tak, jak w dramatycznych momentach człowiek ma tendencję do zauważania najbardziej irracjonalnych szczegółów, Val dostrzegł nagle, że z wpatrzonymi w niego oczami jest coś nie tak. Po chwili odkrył, co: oko, które dotychczas przykrywały białe włosy, było czerwone jak rubiny.
Albo jak krew.
Chłopak z dzikim śmiechem uniósł miecz do góry. Val zamknął oczy, czekając na cios. Zaczął się zastanawiać, jak to jest, kiedy człowiek umiera. Może jednak powinien był wierzyć w jakieś bóstwo albo chociaż dawać na mszę? Tak na wszelki wypadek... Ognie piekielne nie były zbyt kuszącą opcją, ale z pewnością lepszą od dłuższego przebywania z tym facetem...
Chwila jednak przedłużała się, a cios nie nadchodził. Urwał się też śmiech. Zapadła cisza, przerywana tylko niekiedy świstem wiatru w zamkniętych okiennicach.
W końcu Val zaryzykował i otworzył oczy.
Chłopak wciąż unosił nad nim miecz gotowy do ciosu, ale trwał w tej pozycji nieruchomo, jakby nagle obok przebiegł jakiś mag i dla zabawy zamienił go w kamień. Tylko chaotyczny, urywany oddech świadczył o tym, że chłopak jeszcze żyje.
Nie patrzył już na Vala. Głowę miał zwróconą w stronę, skąd przyszedł, a na jego twarzy zastygł wyraz paniki.
Wkrótce złodziej odkrył, co było powodem jego ocalenia; w oddali rozległy się równomierne kroki. Echo przyniosło je w ich stronę razem z niewyraźnymi głosami, które brzmiały, jakby dwóch rosłych mężczyzn prowadziło między sobą wzburzoną rozmowę.
Po chwili uważnego słuchania Val wyodrębnił słowa: „Nie mógł uciec daleko”.
-Cholera jasna!- syknął białowłosy chłopak i skoczył na równe nogi.
Rzucił jeszcze Valowi jedno, nienawistne spojrzenie, w którym żądza krwi śpiewała niczym kościelne chóry.
-Jeszcze raz spróbujesz mnie okraść, ty pieprzony durniu, a zginiesz. Zginiesz, jasne?!
Odbiegł, zostawiając zaskoczonego i pijanego ulgą złodzieja na bruku. Po chwili Val dostrzegł jeszcze smukłą sylwetkę skaczącą na dach któregoś z pobliskich domów, wspomagającą się drewnianymi belkami przy sklepieniu.
Złodziej powoli uniósł się na łokciach i stwierdził w szoku, że wciąż może oddychać. Wstał i podczołgał się do zaułka, w którym ukrywał się wcześniej, i sprawdził tobołek ze skradzionymi wcześniej przedmiotami. Nic się nie potłukło, nic nie zginęło... To zbyt wiele szczęścia jak na jednego człowieka, uznał Val z przekąsem.
Ukrywał się w cieniu, dopóki dwóch mężczyzn nie przeszło ulicą, po czym zaczął powoli wlec się w kierunku domu.
Strzępy mgły wiły się wokół niego i przerzedzały, wyganiane nieśmiałymi blaskami budzącego się słońca.
* * *
skomentuj (5)
2006-07-04 12:34:19 >>
"Uskrzydleni", tom pierwszy, część I- Ten, który krew nosi w oczach
No, to zaczynamy na dobre... Parę slów o organizacji utworu. Zamierzam to podzielic na trzy tomy, a każdy tom na trzy części, ale nie na rozdziały, raczej na takie oderwane fragmenty zaczynające się i kończące między "gwiazdkami". Te fragmenty będą właśnie notkami, chyba, że będą za krótkie- wtedy będę łączyc, tak, jak poniżej. To wszystko... miłej lektury!
Po nocnym niebie, na tle białego sierpa księżyca, płynęły smoki.
Czarne, smukłe sylwetki przecinały powietrze, a furkot ich skrzydeł ślizgających się ze świstem na wietrze ciął ciszę na maleńkie kawałki. Frunęły niczym klucz ptaków; jeden na czele, pozostałe ustawione w idealnie równych odstępach, niczym figury na niewidzialnej szachownicy. Żaden nie wysuwał się naprzód, żaden nie zwalniał, żaden nie zbaczał nadmiernie pod naporem wiatru.
Gdyby ktoś obserwował je w tej chwili, uznałby, że przypominają armię.
Blask księżyca odbił się od lśniących metalicznym połyskiem pancerzy, zatańczył na błoniastych skrzydłach i odsłonił sylwetki jeźdźców, odmalowując w mroku ich skórzane mundury.
Mówią, że ujeżdżanie smoka jest fizycznie niemożliwe. Jest to powszechnie znany fakt. Łuski są zbyt śliskie i gorące, żeby ktokolwiek mógł się na nich utrzymać, to raz. Nie ma właściwie żadnego dogodnego miejsca, żeby usiąść, to dwa. Co więcej, nigdy jeszcze żaden smok nie pozwolił się oswoić – wszyscy, którzy próbowali, mieli potem wątpliwą przyjemność podziwiania mechanizmów organizmu smoka od środka. Poza tym, jak powszechnie wiadomo, smoki – te prawdziwe, zabójcze bestie, o których tak chętnie opowiadali bardowie i historycy – praktycznie wyginęły. Nikt nie widział ich od lat, a nie można przecież ujeżdżać czegoś, czego nie ma. Przynajmniej, jeśli pozostaje się przy zdrowych zmysłach.
Wszyscy mieszkańcy Midgardu, którzy wiedzieli cokolwiek o smokach, zgadzali się z tymi faktami.
Jednak, najwyraźniej, nikt nie powiedział o tym dwudziestu jeden młodym ludziom, ubranym w skórzane mundury i szybującym właśnie w idealnie spójnym szyku na grzbietach istot, które musiały być smokami – nic innego w okolicy nie posiadało skórzanych, błoniastych skrzydeł o rozpiętości kilku metrów ani długich, najeżonych kolcami ogonów.
Jeździec na przedzie pochylił się nad łbem swojego wierzchowca i jedną ręką przyciągnął do siebie coś, co w świetle księżyca wyglądało jak gruby drut; smok poderwał się nieco do góry. Pozostałe poszły za jego przykładem, nie niszcząc szyku. Wtedy jeździec wydobył z pochwy wiszącej u pasa długi miecz.
Klinga błysnęła srebrem, kiedy jeździec wskazał uśpioną, niewielką osadę widoczną na równinach. Smoki znieruchomiały wraz z nim, kiedy zawisnął na krótką chwilę w powietrzu.
Jeździec machnął mieczem w kierunku wioski. Nagle gwałtownie zanurkował.
Smoki przystąpiły do ataku.
Po chwili horyzont zaczął płonąć.
* * *
Piętnaście lat wcześniej...
... Tysiące mil od miejsca, gdzie smoczy jeźdźcy szybowali przez noc...
... W ogromnym, osnutym dymem mieście, rozświetlonym milionem pływających w misach świec...
... Przed jednym z domów, nieco większym od tych w środku miasta, ale niewyróżniającym się niczym szczególnym...
... stało czterech żołnierzy, odzianych w czarne zbroje.
Trzymali w rękach obnażone miecze.
Wewnątrz domu, ustawiona na drewnianym stole, stała samotna świeca. Jej słaby, zielony blask rozświetlał twarze dwóch ludzi: jednego, ubranego w długą pelerynę i ostrzyżonego na łyso, a także drugiego, z parodniowym zarostem, w szarej szacie kupca.
Drzwi do salonu były lekko uchylone.
-Królowa czeka na spłatę długu – odezwał się chłodno łysy człowiek; jego głos przypominał skrzypienie starego, zesztywniałego pergaminu, który w każdej chwili może się rozsypać.
Kupiec otarł z czoła krople potu.
-Dlaczego wysłała po niego Oświeconych? – spytał powoli, z trudem tłumiąc strach.
-Nasze intencje zbieżne są z intencjami Królowej – odparł przybysz. – Jej Wysokość życzy sobie, abyś był posłuszny i dotrzymał przyrzeczenia. Jest zdania, iż nadeszła pora ku temu.
-Ale on... To dopiero rok!
-Najodpowiedniejsza pora, aby rozpocząć działania – oświadczył sucho Oświecony; jego ton nie zdradzał nawet sugestii emocji.
-Ja... – kupiec bezradnie utkwił wzrok w świecy.
-Wszelkie próby oporu napotkają natychmiastową odpowiedź. Królowa wydała rozkaz. Wywiązała się ze swojej części zobowiązania. Oczekuje tej samej rzetelności od swoich poddanych.
-Nie będzie miał o niczym pojęcia, prawda? – szepnął kupiec, a jego oczy błysnęły wilgocią. – Zabierzecie go, tak po prostu, nie powiecie o niczym. Nie będzie miał pojęcia.
-Taka jest wola Królowej Taryi.
Mężczyzna w szatach kupca powoli uniósł wzrok na przybysza. Ciemność miłosiernie skrywała sobą część jego twarzy; tą część, gdzie w oczach odbijała się desperacja. Kupiec uniósł drżącą rękę i palcem wskazał kierunek w głębi domu.
Po chwili płomień świecy zadrżał gwałtownie i zgasł. Kupiec jednak długo jeszcze stał zgarbiony, wpatrzony w ciemność. Nie zmienił pozycji nawet wówczas, kiedy równomierne kroki żołnierzy na ulicznym bruku zamilkły wśród nocy.
* * *
skomentuj (8)
2006-07-03 18:31:25 >>
"Dobre złego początki"... ;)
Tadaaaam! Oto przed Wami otwiera swoje podwoje najnowsze „dziecko”, które wyszło spod jakże niecierpliwych łapek Draco Maleficium! Ale tym razem, zgodnie z obietnicą, nie jest to fanfik (czyżbym słyszała zaszokowane okrzyki?). Nie- w przerwach pomiędzy kolejnymi potterowymi i nie-potterowymi yaoicami siadłam sobie i zaczęłam parę własnych, całkowicie autorskich prac. Jedną z nich postanowiłam opublikować na blogu, bo w ten sposób większą będę miała pewność, że jakoś się jednak zbliżę do końca. Chyba po prostu muszę mieć nad głową bat w postaci zniecierpliwionych moim lenistwem czytelników… Tak więc wiele zależy od tego, czy będę ich miała :P A to z kolei zależy od tego, jaka to będzie historia… tak więc może napiszę kilka słów wstępu, zanim ruszymy z całym tym, jakże ciężkim, koksem.
Będzie to fantasy.
Co więcej, fantasy, w którym występować będzie wszelaka machineria, nauka i co tam jeszcze uda mi się wcisnąć. Będą mechaniczne smoki, pływające fortece, statki powietrzne, mechaniczne powozy… a wszystko to ciągle w konwencji średniowiecza.
Jeśli jakiemuś fanowi mangi i anime w tej chwili zapaliła się lampka, od razu odpowiadam: tak, moją inspiracją (niezwykle silną) był i jest „Vision of Escaflowne”. Staram się zniwelować te wpływy do minimum, żeby nie wyszedł jakiś plagiat (^^), ale jak to wyjdzie- to już Wy osądźcie. Jeśli ktoś zechce widzieć Herne’a, głównego bohatera, jako Dilandau, to droga wolna, bo sama – szczerze mówiąc – wyobrażam go sobie w tym stylu ;)
Co do świata, to nazwałam go sobie Midgardem- niezbyt oryginalnie, wiem, ale lubię mitologię germańską i nordycką i często „zapożyczam” sobie z tych źródeł. Ktoś może to nazwać lenistwem. Może- ale jak myślicie, skąd wziął się np. taki Fenrir Greyback? :)
Jak na razie tyle chyba wystarczy, resztę świata i postaci poznacie już w trakcie. Mam nadzieję, że uda mi się przemycić choć cząstkę tych wszystkich obrazów, które nieustannie szukają ujścia z mojej udręczonej głowy… a fanfiki a powieści to jednak nie to samo, jak niestety zdążyłam się już przekonać.
Czy Draco powinna spadać na drzewo i wrócić do bazgrolenia yaoiców (których pisać absolutnie nie przestanę, choćbyście mi z tysiąc petycji wysyłali!)? Cóż…
Nadszedł chyba czas, aby się o tym przekonać.
Aha, jeszcze jedno: jeśli kogoś zachwycił ten śliczny szablon, który to sobie sprezentowałam na stronę, to od razu odsyłam do linku na dole strony; tam znajdziecie takie szablony, że szczęka opada do piwnicy i dalej. Na razie ich mało, bo Goldi dopiero zaczyna- ale jak! Pochwalę się nieskromnie, że właśnie robi szablon specjalnie dla mnie, specjalnie na tą stronę, specjalnie dla mojego małego „dziełka”. Walcie do niej- naprawdę warto!
skomentuj (3)
|Lay by Golden Dragon- Goldi|
layouts-from-neverland.blog.pl